Sławomir Bubicz Czytelnia
fot. Lidia Popiel
- Co spowodowało, że zainteresowała się Pani jogą?
- Od dzieciństwa interesowałam się sportem. Uprawiałam gimnastykę przyrządową , grałam w siatkówkę, badmintona , lubiłam ruch i wysiłek fizyczny. Jednak w dorosłym życiu, zajęta pracą artystyczną, zaniedbałam ćwiczenia fizyczne, po prostu brakowało mi na nie czasu. Ale gdy przeżywałam trudny okres - trudny i psychicznie i fizycznie - Jacek Santorski poradził mi, bym spróbowała jogi. Początkowo byłam bardzo sceptycznie nastawiona do tego pomysłu, to znaczy nie bardzo wierzyłam, że joga może mi pomoc, ale już pierwszy kontakt z asanami sprawił, że stałam się jej gorliwą adeptką. Moim pierwszym i jedynym nauczycielem jest Sławek Bubicz.
- Co Pani o nim sądzi?
- Jest jednocześnie surowy i kochany. Ma bardzo trudny charakter ale zna się na ludzkiej psychice i na jej możliwościach. Mam do niego zaufanie; jeśli mówi, że mogę coś zrobić lepiej, dokładniej, to robię to, chociaż wcześniej wydawało mi się, że osiągnęłam już granicę możliwości. Na początku asany bardziej męczyły mnie niż cieszyły , ale nagle, nie wiadomo kiedy, uprawianie jogi zaczęło mi pomagać. I fizycznie, i psychicznie.
- Była Pani także uczestniczką Wędrówek po Indiach, które organizował Sławek Bubicz. Jak Pani je ocenia?
- Powiem jedno: gdyby nie stanowczy zakaz lekarza, związany z moimi kłopotami zdrowotnymi, pojechałabym natychmiast na kolejną wędrówkę. Powrót do Indii jest moim marzeniem i mam nadzieję że jeszcze kiedyś uda mi się zobaczyć plażę w Varkalam...
- Czy w chwili obecnej uprawia Pani jogę?
- Przestałam regularnie ćwiczyć gdy wyprowadziłam się z Warszawy i dojazd do Akademii zaczął zajmować mi zbyt wiele czasu, a właściwie, ze względu na korki, uniemożliwiał dotarcie na czas. No a spóźnienie, nawet niewielkie, powodowało, że nie byłam wpuszczana na salę. Po kilku takich sytuacjach poddałam się. Zaczęłam ćwiczyć w domu. Ale brakowało mi dyscypliny, nie mogłam się zmobilizować do regularnych ćwiczeń... Jednak, mimo przerwy w praktyce, joga ze mną pozostała. Bo przecież to nie tylko ćwiczenia. To stosunek do życia , upływu czasu, zmiana hierarchii wartości i ważności spraw... to są zmiany nieodwracalne, na szczęście. Czyli jeśli joga, to na zawsze.
Magda Umer - ukochana przez publiczność piosenkarka, wykonawczyni poezji śpiewanej, dziennikarka, polonistka, reżyser, scenarzystka, aktorka i autorka recitali.
Z Magdą Umer rozmawiała Teresa Kołakowska
Współczesny świat zapewnia mieszkańcom krajów rozwiniętych - do których należymy i my - materialne podstawy egzystencji w stopniu niespotykanym w historii. Ludzie żyją w lepszych niż kiedykolwiek warunkach. Mimo niewątpliwych sukcesów cywilizacyjnych nie można jednoznacznie powiedzieć, że jakość życia poprawiła się. Cena, jaką za to wszystko płacimy, jest ogromna. Cierpimy z powodu stresu, depresji i chorób cywilizacyjnych. Zapomnieliśmy, co to zdrowy sen: potrzebujemy pigułek aby zasnąć i innych pigułek aby się obudzić. Żeby uciec od chronicznego napięcia potrzebujemy różnego rodzaju używek, od których się szybko uzależniamy. Dają nam tylko chwilową i pozorną ulgę. Przyczyna stresu nie zostaje usunięta.
Indie są jedynym krajem, w którym miliony ludzi na przestrzeni tysięcy lat poświęcały całą swoją energię, aby zbadać, czy istnieje możliwość, by człowiek żył pełnią życia, a jednocześnie nie ulegał stresowi. Jogini i mędrcy indyjscy na drodze eksperymentów wypracowali metody unikania stresów i ich skutków. Stwierdzili oni, że dla zachowania zdrowia człowiek powinien co pewien czas przestawać działać w świecie zewnętrznym i zajrzeć do swojego wnętrza. Wszyscy wiemy, że nawet po dniu wypełnionym najbardziej radosnymi i przyjemnymi przeżyciami człowiek pragnie snu. Dowodzi to faktu, że źródło wszelkiej siły i energii znajduje się wewnątrz. Aktywność zewnętrzna jedynie zużywa tę energię. Niestety, sen współczesnego człowieka nie wystarcza, jest płytki i zaburzony. Metoda głębokiego relaksu jest bardzo skutecznym sposobem świadomego docierania do wewnętrznego źródła mocy w nas samych. Tego samego, do którego nie mamy już pełnego dostępu w czasie snu. Jest to czerpanie nowej energii ze źródła mocy, w przeciwieństwie do stosowania używek i środków pobudzających, które tylko przyspieszają wydatkowanie energii, wcale jej nie odnawiając (np. wypicie filiżanki kawy w chwili zmęczenia działa na nasz organizm jak uderzenie batem konia, który jest u kresu sił).
Współczesna fizjologia wyróżnia trzy stany świadomości: czuwanie, śnienie i sen głęboki. Joga i wschodnie systemy duchowości mówią o czwartym stanie. Głęboki jogiczny relaks jest stanem, w którym ciało i umysł są spokojne i wypoczęte, jak podczas głębokiego snu (bez marzeń sennych), a świadomość jest zachowana jak podczas czuwania. Warunkiem medytacji i relaksu (który stanowi też rodzaj medytacji) jest skierowanie uwagi na to, co dzieje się aktualnie w polu świadomości i zaprzestanie ulegania naturalnej tendencji umysłu do zmieniania rzeczywistości. Zdaniem wschodnich badaczy wewnętrznej rzeczywistości przyczyną napięcia jest ciągły ruch myśli od tego co jest, do tego, co chcielibyśmy, aby było. Tym samym szczęście - cel wszelkich ludzkich działań - odsuwa się zawsze w przyszłość, czyli nie przychodzi nigdy. Relaks, który proponuję na swoich zajęciach, jest metodą odkrywania wewnętrznego spokoju i szczęścia. Jest on źródłem regeneracji fizycznej i psychicznej.
Relaks wykonywany jest w pozycji leżącej, w bezruchu; jednak nie każde leżenie jest relaksem. Jest to trudny proces wymagający precyzji i szczególnej uważności. Leżące ciało, pomimo pozornego bezruchu, może być bardzo spięte, umysł niespokojny, a mięśnie nieświadomie utrzymywane w gotowości do ruchu. Jest to rezultat chronicznego stresu, a droga do pozbycia się go to świadoma praca nad rozluźnieniem mięśni, nerwów, naczyń krwionośnych, organów zmysłów, skóry i pozostałych części ciała. Aby się rozluźnić, trzeba poczuć, które miejsca są napięte. Osoba prowadząca relaks kieruje uwagę uczestników do wszystkich po kolei zakątków ciała. W ten sposób poznawana jest rzeczywistość, stan faktyczny, a nie to, czego chciałby umysł. Doskonalona jest umiejętność uważnej samoobserwacji, która odkrywa nam coraz pełniejszą wiedzę o nas samych. Ważnym elementem metody głębokiego relaksu jest świadomość oddechu - a szczególnie wydechu - i wykorzystanie go do usuwania napięć z ciała fizycznego i opróżniania umysłu z zakłócających go myśli i emocji. Według nauki jogi wydech służy nie tylko oczyszczaniu ciała z zużytego powietrza i produktów przemiany materii, ale może też być wielką pomocą w docieraniu do wewnętrznego źródła energii.
Wykonując tę starą, niezawodną praktykę, wkraczamy na drogę wiodącą do odzyskania pełni zdrowia. Efekty pojawiają się na różnych płaszczyznach, gdyż, jak mówi joga, człowiek jest organiczną całością składającą się z ciała, zmysłów, pamięci, emocji, intelektu, intuicji i duszy. Oczyszczając z napięć środowisko wewnętrzne - nasz mikrokosmos - stajemy się zdolni do harmonijnej relacji ze środowiskiem zewnętrznym - makrokosmosem. Mimo iż metoda głębokiego relaksu powstała tysiące lat temu, nie straciła nic ze swej aktualności. Wręcz przeciwnie: jest ona teraz potrzebna nam bardziej niż kiedykolwiek.
fot. Teresa Kołakowska
- Czy zechciałby Pan opowiedzieć czytelnikom tej strony o tym, co wywarło szczególny wpływ na Pański rozwój, zainspirowało Pana i skierowało zainteresowania w stronę jogi, której poświęcił Pan tak wiele? Może zaczniemy od dzieciństwa...
- Na moim dzieciństwie niezwykle silne piętno odcisnęła babcia Maryla. A była to osoba naprawdę wyjątkowa. Przed I wojną światową studiowała w Krakowie i tam została członkinią ruchu Eleusis. Do końca życia wyznawała zasady tam propagowane. To one w decydującym stopniu ukształtowały Jej niezłomny charakter. Już w młodości, która przypadła na początek XX wieku czytywała Tagorego i znała filozofię indyjską, którą była zafascynowana bez reszty. Podziw dla kultury Orientu łączyła z ogromną religijnością i patriotyzmem; w czasie okupacji prowadziła tajne nauczanie. Była także jedyną w mojej rodzinie osobą , która rozumiała i od początku popierała moje wyjazdy do Indii, czasem wbrew postawie innych.
Głęboko zapadła także w moją pamięć jedną z rozmów z moim ojcem. Miałem wtedy 12 lub 13 lat. Siedzieliśmy obaj wieczorem pod rozgwieżdżonym niebem na progu domu na wsi. Zwrócił moją uwagę na niebo i bezmiar kosmosu będący natchnieniem dla największych kompozytorów i poetów. Gdy mówił o muzyce Beethovena przekraczającej swoim wyrazem ograniczoność świata, rozpaliła się we mnie chęć pojęcia, poznania tego, co nieskończone. Czułem wibracje umysłu ojca, który starał się zaszczepić we mnie umiłowanie wszystkiego, co wzbija się ponad przyziemność i potoczność życia. Głęboko przeniknęły we mnie i zostały tam do dziś.
- A szkoła? Może znalazł Pan tam jakieś inspirujące lektury, kierunki poszukiwań...
- Przemawiał do mnie duch poezji romantycznej omawianej na lekcjach języka polskiego. Zdecydowanie najbardziej lubiłem utwory Słowackiego. W domu były jego "Dzieła zebrane". Przeczytałem wszystko. Pociągał mnie klimat tej poezji, jej metaforyka, nastrój, w którym zresztą wówczas sam pozostawałem. Później poznałem biografię Słowackiego i dowiedziałem się, że był bardzo uduchowiony. Zainteresował mnie wątek Towiańskiego, a w "Genezis z ducha" - wpływ myśli Wschodu. Oprócz romantyków bardzo silnie przemawiały do mnie dzieła egzystencjalistów. Zainspirowany "Dżumą" Alberta Camusa poszedłem o krok dalej i przeczytałem jego eseje, "Człowieka zbuntowanego". Głęboko poczułem - jako własną - sytuację człowieka współczesnego, zrozumiałem, że niewystarczające są powszechnie znane ideologie i style życia, czułem brak satysfakcji ze świata jaki postrzegałem, wyrażony przez Micka Jaggera w słynnej piosence Rolling Stonesów.
- ... i nadszedł czas lektur wybieranych już samodzielnie?
- Tak. Między 17 a 20 rokiem życia czytałem właściwie wszystko, do czego miałem dostęp w dziedzinie literatury i filozofii. Jako jedna z pierwszych tego typu lektur w moje ręce dostała się książka Wincentego Lutosławskiego "Rozwój potęgi woli" z roku 1909, której autor - profesor Uniwersytetu Jagiellońskiego - kontynuował romantyczny wątek mesjanistyczny, łącząc go z praktykami jogi. Lutosławski miał szczęście słuchać słynnych wykładów Swamiego Vivekanandy w Chicago w 1893. Był już wtedy filozofem znanym chociażby z tego, że określił chronologię dzieł Platona. A jednak płomienne mowy usłyszane z ust człowieka duchowo oświeconego, jednego z największych przedstawicieli filozofii wedanty spowodowały całkowitą rewolucję w jego życiu. Profesor Lutosławski w swojej książce opisał między innymi swoje cudowne wyleczenie z długotrwałych stanów letargu (dziś nazwalibyśmy je depresją) pod wpływem ćwiczeń oddechowych, cielesnych i relaksowych opartych na systemie jogi w połączeniu z wegetarianizmem i abstynencją. Czasy przed I wojną światową obfitowały w przedsięwzięcia i ruchy które aktywizowały społeczeństwo polskie kulturowo, organizacyjnie. Lutosławski stworzył dla młodych ludzi ruch Eleusis (o którym po raz pierwszy usłyszałem od babci), którego ideałem było samodoskonalenie i gromadzenie sił wewnętrznych dla służenia Polsce. Do tego celu służyły metody, które jemu samemu przywróciły zdrowie. Książka zrobiła na mnie ogromne wrażenie i natchnęła do dalszych poszukiwań w kierunku myśli Wschodu i jogi. Wtedy po raz pierwszy zetknąłem się z ideą wegetarianizmu, która wywarła na mnie ogromne wrażenie i w kilka lat później, w wieku 23 lat, całkowicie na niego przeszedłem.
Niemal każdy autor zostawiał we mnie jakiś ślad, poruszał część mnie, jednak bardziej poruszająca i dotykająca istotnych spraw była lektura książek Hermanna Hessego, która budziła we mnie tęsknotę za czymś znanym, ale zapomnianym. Nie potrafię dzisiaj dokładnie opowiedzieć treści "Wilka stepowego", "Narcyza i Złotoustego", "Siddharthy", "Podróży na Wschód" ani "Gry szklanych paciorków", ale wiem, że z całą pewnością zainicjowały one moje dalsze poszukiwania duchowe.
Książką, która w niezwykłym stopniu zbliżyła mnie do Indii, była "Autobiografia jogina" Paramahansy Yoganandy. Ta wybitna, błyskotliwa, przepełniona miłością, ciepłem i strumieniem wiedzy relacja jednego z najwybitniejszych joginów XX wieku jest skarbem dla każdego, kto pragnie poznać klimat ścieżki duchowej w tradycyjnym wydaniu indyjskim. Stale do niej powracam i znajduję nowe rzeczy. Szczególnie cenne jest w niej to, że autor znajduje bardzo liczne korelacje między duchowością Wschodu i Zachodu oraz współczesną nauką (zwłaszcza fizyką kwantową i teoriami Einsteina ) a odkryciami starożytnych indyjskich mędrców. Podaje wiele przykładów z Biblii, przytacza poezje oraz wypowiedzi i czyny wybitnych postaci z różnych kultur. Książka prezentuje ideę, że wszelkie religie godne są najwyższego szacunku i prowadzą do tego samego celu, a joga nie wymaga porzucania swojej wiary ani jej zmiany na inną, ale polega na odkrywaniu głębi leżącej u podstaw wszelkich religii.
- Wiem skądinąd, że wielki wpływ wywarł na Pańskim stosunku do rzeczywistości kontakt z Jerzym Grotowskim. Na czym on polegał?
Z postacią Grotowskiego wiąże się jedno z moich najsilniejszych doświadczeń wewnętrznych. W latach siedemdziesiątych, a więc wtedy, gdy ja dorastałem, przeprowadzał najciekawsze eksperymenty parateatralne. Gdy byłem uczniem trzeciej klasy liceum, mój szkolny kolega uczestniczył w Teatrze Narodów we Wrocławiu, gdzie Grotowski i inni guru światowego teatru prezentowali wizję człowieka jakże odmienną od obowiązującej siermiężnej, szarej rzeczywistości kultury PRL. Gdy na jednej z lekcji kolega przekazywał naszej klasie swoje refleksje z tym związane, a przemawiał o wewnętrznych przeżyciach językiem dotąd mi nieznanym, zaczerpniętym z wykładów Grotowskiego, to poczułem ogromne pragnienie wzięcia udziału w tej formie samodoskonalenia. Niedługo potem, w wieku dwudziestu lat, przeczytałem manifest Grotowskiego zapowiadający dalszy etap jego poszukiwań - i wziąłem w nich udział. Były to "Nocne czuwania" i "Przedsięwzięcie góra'. Obejrzałem też słynny spektakl "Apocalypsis cum figuris". Celem pracy Grotowskiego było przekroczenie strumienia potoczności i wejście w dziedzinę, którą można nazwać sacrum, ale nie związaną z żadną religią. Ćwiczenia, które tam przechodziłem, uświadomiły mi, że posiadam ogromne pokłady energii i że jestem w stanie do nich dotrzeć. Przypomniały i utrwaliły moje pierwsze doświadczenie duchowe z dzieciństwa, o którym obiecuję za chwilę opowiedzieć. Rozpoczęły proces uczenia się jak utrzymywać to doświadczenie we wszystkich momentach życia. Później dowiedziałem się, że Grotowski był zafascynowany naukami mędrca z góry płomienia w południowych Indiach i czerpał stamtąd inspiracje do swego "Przedsięwzięcia Góra". Istotą nauk mędrca Ramana Maharishiego jest odkrycie niezmiennego jądra własnej istoty. Moje życie od tego czasu uległo radykalnej zmianie. Poszukiwanie rzeczy duchowych, drogi , doświadczeń nabrało tempa, nadal żyłem, studiowałem, wykonywałem codzienne czynności, ale jednocześnie byłem skupiony, głębiej zanurzony wewnątrz i jednocześnie intensywniejszy na zewnątrz, bardziej rozumiejący swoje prawdziwe pragnienia, myśli, stałem się bardziej uważny.
- Obiecał Pan opowiedzieć o swoim pierwszym doświadczeniu duchowym...
Miałem wtedy dziesięć lat. Będąc sam w swoim pokoju, przeżyłem doświadczenie, które było później, przez wiele lat, punktem odniesienia. Nagle, bez żadnego powodu, zrodziło się we mnie naglące pytanie, co działo się ze mną przed urodzeniem. Mój umysł mimo woli wnikał w to coraz głębiej. Towarzyszyło temu dziwne, z początku bardzo nieprzyjemne wrażenie w ciele, na pograniczu bólu, odchodzenia, nagłego słabnięcia, trudne do opisania słowami, nigdy potem niczego podobnego nie przeżyłem. Wkrótce poczułem przejmujące doznanie, pewność, że byłem zawsze, jestem i będę. Na mój stan składał się lęk przed nieznanym, które wdzierało się we mnie i radosna świadomość, że nic mnie nie może ograniczać, że ten stan bycia jest moją istotą. Nie było to rozumowanie ani myślenie lecz przejmujący stan, również na poziomie fizjologicznym. W późniejszych latach, gdy czytałem literaturę na tematy duchowe, zwłaszcza gdy zapoznałem się z myślą Wschodu, poczułem, że to moje pierwsze doświadczenie było zgodne z doświadczeniami opisywanymi przez różnych mędrców czy świętych. Gdy poznałem wiersz Mickiewicza "Widzenie", poczułem, że pisał o tym samym. Szczególnie utkwiło mi w pamięci sformułowanie "i ziarno duszy nagie pozostało."
- Jak wyglądało pierwsze Pańskie zetknięcie z medytacją transcedentalną i czym zaowocowało?
Moją pierwszą techniką wywodzącą się z Indii była medytacja z mantrą, której nauczyłem się, będąc studentem drugiego roku. W prywatnym mieszkaniu nauczyciel TM (medytacji transcedentalnej) z Indii dokonywał inicjacji przez nauczenie mantry i sposobu jej używania. Niemal od samego początku w mym umyśle pojawiały się różne kolory, kształty, obrazy, które pędziły w zawrotnym tempie i efekt ten utrzymywał się jeszcze przez wiele godzin, mimo iż wykonywałem codzienne czynności. Poczułem, że usunięta została granica między podświadomością a świadomością. Potem przez dwa lata medytowałem zgodnie ze wskazówkami: dwa razy dziennie po dwadzieścia minut. Aby medytować o określonej porze musiałem czasem znajdować dziwne miejsca, np. wejść do kościoła, poczekalni dworcowej lub na salę wykładową. Moje zdrowie uległo radykalnej poprawie. Miałem dużo więcej energii. Znacznie rzadziej odczuwałem zmęczenie i rozdrażnienie, a mój sen i zdolność do uczenia się znacznie się poprawiły. Nawet rodzice zauważyli we mnie znaczną poprawę i nie sprzeciwiali się moim praktykom. Nauczyłem się wtedy też od nauczycieli TM krótkiego zestawu ćwiczeń z ciałem, asan, i prostego ćwiczenia oddechowego, które bardzo poprawiały moją medytację. W czasie medytacji i po niej odczuwałem spokój psychiczny i fizyczny. Efektem medytacji było też spontaniczne pojawianie się wglądu w moje życie i wielokrotnie znajdowałem w niej rozwiązania swoich codziennych problemów. Gdy pojechałem do Indii po raz pierwszy, zaprzestałem praktykowania TM na rzecz innej medytacji z mantrą pod kierunkiem Swamiego Muktanandy. Dwuletnia praktyka TM w znacznym stopniu przygotowała mnie do dalszych doświadczeń na polu jogi. W tym samym czasie co uprawianie medytacji rozpocząłem praktykę asan na kursie, który odbywał się w domu kultury w Lublinie. Szybko okazało się, że mimo początkowych trudności odnalazłem w tym głębokie zadowolenie. Bardzo poprawiła się dzięki temu praktyka TM. Według powszechnie panującego wtedy w Polsce, ale pokutującego i do dziś przekonania tylko praktyki medytacyjne mają wartość duchową, natomiast asany uważane są za rodzaj gimnastyki. Moje doświadczenie mówiło mi co innego. Po praktyce asan i ćwiczeń oddechowych moja medytacja miała pełną głębię. Nawet same asany bez medytacji wprowadzały mnie w stan wyciszenia i stabilności emocjonalnej. Postanowiłem nie wierzyć powszechnym opiniom i dlatego wybrałem się do Indii na poszukiwanie mistrza hatha-jogi. Tego samego, którego podręcznik wykorzystywał mój pierwszy nauczyciel asan w Lublinie.
- W jaki sposób wpłynęły na Pana studia? Katolicki Uniwersytet Lubelski to uczelnia szczególna, a biorąc pod uwagę fakt, że studiował Pan tam w latach siedemdziesiątych...
Studiując na Wydziale Filozoficznym KUL (sekcja psychologii), na jedynym wolnym uniwersytecie od Łaby do Władywostoku, miałem okazję poznać nowoczesne kierunki filozoficzne, a nie głównie filozofię marksistowską, jak się to działo wówczas na innych uczelniach. Uczęszczałem na wykłady i seminaria filozofii orientalnych, a szczególnie indyjskiej, które fascynowały mnie. Jedną z najcenniejszych rzeczy, z jaką zetknąłem się na studiach, była metodologia nauk. Niemal objawieniem było dla mnie poznanie procesu budowania teorii naukowych oraz filozoficznych. Z wielką ulgą przyjąłem, że nauka naprawdę nic nie twierdzi w sposób pewny i autorytatywny, a każda hipoteza i teoria ma u źródła człowieka z jego irracjonalnym umysłem. Proces logicznego rozumowania wykorzystywany w nauce opiera się na przyjętych założeniach, ale same te założenia są przyjęte w sposób arbitralny, subiektywny. Zresztą współczesna nauka coraz bardziej zdaje sobie sprawę ze swoich granic, z tego, że świadomość badacza wpływa na przebieg doświadczenia. Ta wiedza otworzyła mi drogę do nauki i filozofii jogi oraz innych systemów wschodnich, które ze swej natury opierają się na bezpośrednim wewnętrznym doświadczeniu. Lubiłem wykłady z teorii osobowości i psychoterapii. Profesorowie KUL w owych ciężkich czasach mieli stały kontakt z najświeższymi nowinkami w Stanach Zjednoczonych i na Zachodzie. Do psychoterapii przenikały wówczas metody inspirowane buddyzmem zen, jogą, praktykami i filozofiami Wschodu. Utwierdziło mnie to w przekonaniu, że powinienem pojechać do Indii i szukać źródłowych, autentycznych metod, które zaadaptowane do warunków zachodnich wypełnią lukę między ciałem, umysłem i duchem, będącą reliktem XIX-wiecznego mechanistycznego pojmowania świata.
- Czy istnieje jeszcze jakieś ważne dla Pana źródło inspiracji, o które dotychczas nie spytałam?
Muzyka. Towarzyszy nieustannie mojemu życiu. Już od lat sześćdziesiątych XX wieku w muzyce popularnej i jazzie zaznaczają się wpływy muzyki indyjskiej. Z czwórki Beatlesów najbliższy był mi George Harrison. Po latach dowiedziałem się, że to on wprowadzał elementy indyjskie do piosenek, uczył się gry na sitarze oraz do końca życia rozwijał w sobie cechy jogina. Wszystko zaczęło się od pobytu Beatlesów w Indiach na kursie medytacji transcedentalnej. Tam powstało wiele ich najpiękniejszych piosenek o szczególnym, niespotykanym wcześniej klimacie. Lubiłem słuchać SHAKTI - zespołu genialnego gitarzysty Johna McLaughlina. Składa się on z muzyków indyjskich i europejskich, a ich muzyka jest połączeniem obu tych stylów. Gdy po raz pierwszy usłyszałem trzydzieści lat temu ich nagranie koncertowe JOY (radość), miałem poczucie porywu wolności, wyzwalającej energii, możliwej tylko u artystów, którzy są wirtuozami, a jednocześnie osobami przekraczającymi granice poznania. Klasyczna muzyka indyjska ma coś z jazzu. Tylko w ściśle określonej, niezmiennej strukturze będącej podstawą utworu możliwa jest doskonała improwizacja. Indyjskie ragi są dla grających i słuchaczy rodzajem medytacji, praktyką duchową jednoczącą ich z głębinami ich duszy.
Ze Sławomirem Bubiczem rozmawiała Teresa Kołakowska















